Siemka, z tej strony Wiktor. Zebroid zrobił chwilowy logoff, więc ja przejmuję front. Dzisiaj wjeżdżamy w dość ciężkie, ale mega rel tematy. Gadam o zinternalizowanej queerfobii i o tym, jak bardzo normictwo potrafi zryć banię. Kiedy dorastasz w toksycznym środowisku i non stop dostajesz po łbie za bycie innym, zaczynasz to podświadomie kodować. Zaczynasz dzielić ludzi na "dobrych" queerów, którzy próbują się wpasować w cis-het normę, i tych "złych", którzy noszą spódnice, robią make-up i mają wywalone.

Próba bycia "normalnym" i robienie passing na siłę to dosłowny emocjonalny self-harm. Błaganie fobów o akceptację nie ma sensu, bo oni i tak nigdy cię nie zaakceptują. Odcinanie się od bycia scene/alt i zamykanie się w klatce tylko po to, żeby zadowolić innych, sprawia, że zaczynasz nienawidzić samego siebie. Wyrzucasz swoją osobowość do kosza, a oni i tak będą gadać za twoimi plecami, że jesteś chory psychicznie i powinieneś się leczyć elektrowstrząsami.

Z perspektywy kogoś z DID, to wszystko jest jeszcze bardziej pokręcone. Kiedy żyjesz w innerworldzie, wszystkie odczucia są zwielokrotnione. Twój gniew zamienia się w furię, walą pioruny i wszystko płonie. Moja zinternalizowana fobia sprawiała, że byłem tam strasznym sk***ielem i straumatyzowałem resztę systemu. Na szczęście Zebroid nas z tego wyciągnął. Nie warto udawać kogoś, kim się nie jest. Bądźcie dziwni, eksperymentujcie z zaimkami i miejcie na to wszystko wyrąbane. Wielki shout-out dla naszego montażysty, który z tego totalnego chaosu poskładał sensowny film.