Kolejna fala letnich upałów za oknem, zero snu i wysyp domorosłych psychologów z pustych kont, którzy po jednym krótkim filmiku wiedzą o twoim życiu absolutnie wszystko. Ten vlog miał być rozbudowanym, skomplikowanym materiałem o znacznie trudniejszym zjawisku, ale rzeczywistość szybko zweryfikowała plany – paraliżujący stres i niemoc mówienia sprawiły, że trzeba było spuścić parę i nagrać coś prosto z trzewi. O internetowych „specjalistach”, którzy bez grama wykształcenia czy zrozumienia rzetelnej wiedzy medycznej natychmiast orzekają, że „sabotujesz leczenie”, „nie starasz się” i po prostu „za dobrze ci w tym stanie”.

Klasyczny victim blaming w wykonaniu anonimowych frustratów. Wrzucasz zajawkę o swoich objawach, trudnej przeszłości czy neuroróżnorodności, a ci ludzie wmawiają ci, że szkoła gnębiła cię na twoje własne życzenie, bo nie chciałeś dopasować się do debilnych hierarchii i wolałeś być cringowy, ale wolny. Żaden z kanapowych diagnostów nie widział lat walki, płaczu, wylewania potu na terapiach czy brutalnego zrywania więzi traumatycznych z toksyczną rodziną. Nie widzieli, jak destrukcyjny bywa odruch fawn – automatyczne, paraliżujące podlizywanie się opresorowi, byle tylko przetrwać, które kłóci się z antyspołeczną częścią świadomości.

To, że dzisiaj można usiąść przed kamerą, mówić otwarcie o swoich zaburzeniach, eksperymentować ze stylem, ubrać spódnicę i uprawiać crossdressing, to nie żaden objaw „sp***dolenia”, tylko ogromne zwycięstwo nad próbami złamania psychiki. A najlepszą tarczą na hejterów jest obnażenie własnych słabości. Mówiąc o nich publicznie, wręczasz internetowym trollom nóż, tyle że zrobiony z papieru – niech próbują dźgać, to już nie boli. Zamiast dawać się gaslightować internetowym mędrcom wmawiającym, że terapia ci szkodzi: blokujcie bez litości, bo nikt nie zna waszej drogi lepiej niż wy sami.