Hejterzy muzyki TX2 mieli kiedyś sporo racji, problem w tym, że ich zarzuty zestarzały się jak mleko na słońcu. Patrząc na początki Evana, faktycznie trudno było nie zgrzytać zębami – płaskie, syntetyczne hip-hopowe bity, brak techniki wokalnej i utwory, które sam twórca po latach usunął ze Spotify, bo uważał je za przypał. Tyle że zatrzymanie się na tamtym etapie to czysta ignorancja. Od momentu przejścia pod skrzydła Hopeless Records i zebrania pełnego, stałego składu z Camem, Churcherem i Corky, ten projekt przeszedł tak potężną metamorfozę, że ignorowanie ich progresu zakrawa na kpinę. To już nie jest solowy eksperyment klejony na kolanie, tylko pełnokrwisty zespół z potężnym, gitarowym uderzeniem i żywą perkusją.
Wokół TX2 narosło mnóstwo mitów, głównie przez to, że ludzie w sieci panicznie boją się trudnych emocji i nie rozumieją pojęcia vent artu. Numery takie jak Burn, Vendetta czy I Would Hate Me Too nie powstały po to, żeby autor chwalił się swoimi wadami czy serwował radiową papkę, tylko były dosłownym wyrzuceniem z siebie mroku i frustracji w momentach psychicznego kryzysu. Do tego dochodzi marketing – Evan zamiast latami kisić się w małych klubach, wykorzystał do spodu algorytmy TikToka, ragebaity i internetową satyrę. Czy to bywa cringe’owe? Czasami tak. Ale jeśli ten szum pozwala nagłośnić zapomniane amerykańskie organizacje pomagające ofiarom przemocy, jak przy The Rain czy I Know What You Did, to zarzucanie mu złej woli jest po prostu absurdalne. Aktywizm nie ma być grzeczny i ładny, ma być skuteczny i docierać tam, gdzie znieczulica jest największa.
Na osobną uwagę zasługują zarzuty o fałszowanie na żywo czy rzekome plagiaty, wyciągane przez samozwańczych ekspertów z branży. Koncerty muzyki alternatywnej nie służą do odtwarzania sterylnej, wypolerowanej płyty, tylko do zrzucania z siebie emocjonalnego ciężaru, darcia gardła i wspólnego przeżywania katharsis. Evan wykonał tytaniczną pracę nad głosem, co słychać w tak poetyckich rzeczach jak The Human Disease, a skok od dwudziestominutowych supportów do wyprzedawanych europejskich tras w roli headlinera nie wziął się znikąd. Nie chodzi o to, żeby stawiać kogokolwiek na piedestale, bo ślepe idolizowanie celebrytów zawsze jest toksyczne. Chodzi o uczciwe przybicie piątki ludziom, którzy mieli bezczelność pójść pod prąd, przetrwali falę pomyj i udowodnili swoją wartość na scenie.