Powrót do Dota 2 w ramach nietypowej autoterapii przyniósł rezultaty, których z początku nikt się nie spodziewał – łącznie z moją psycholożką prowadzącą aktualną ewaluację, która ku mojemu zaskoczeniu uznała ten eksperyment za całkiem logiczny. Po ośmiu latach kiszenia się w toksycznym środowisku League of Legends, gdzie fatalny pierwszy coach i wieczny paraliż społeczny blokowały jakikolwiek rozwój, świeże podejście do pozornie trudniejszego tytułu odblokowało u mnie nową elastyczność. Grając głównie na czwartej pozycji, powoli uczę się podejmowania samodzielnych decyzji, zdrowego egoizmu w zbieraniu zasobów oraz zaawansowanych mechanik creepów, które wcześniej wywoływały u mnie koszmary. Nawet konfrontacja z ludźmi na voice chacie przestaje wywoływać czterdziestominutowy atak paniki – czasem wystarczy udawać brak znajomości angielskiego, by zredukować dysocjacyjny freeze do zaledwie paru minut i kontynuować mecz na miarę swoich aktualnych możliwości.
Prawdziwa jazda zaczyna się jednak w momencie, gdy do gry wkracza DID, czyli dysocjacyjne zaburzenie tożsamości. Wiele osób pytało nas, jak wygląda funkcjonowanie w trybie multiplayer w obrębie jednego ciała i to właśnie w dynamicznych grach zespołowych widać to najlepiej. Choć w naszym systemie mamy to szczęście, że potrafimy ze sobą rozmawiać i kofrontować, to marzenia o pro playu czy poważnym grindzie rankedów musieliśmy całkowicie porzucić z czystego szacunku do innych graczy. Kiedy jedna osoba z systemu działa jak wewnętrzny coach na Discordzie, podpowiadając ruchy w tle, potrafi to być potężny atut. Problem pojawia się w trakcie chaotycznych teamfightów, kiedy silne emocje wyciągają na front kogoś innego – ekran potrafi wtedy dosłownie zamazać się w plamę barw jak po mikroudarze, umiejętności manualne nagle znikają z powodu blurringu, a po walce zostaje tylko poczucie deja vu i pustka w pamięci.
Wspólne granie przez nasz wewnętrzny team (ENDO) ma też jednak swoją drugą, niezwykle terapeutyczną stronę, która pomaga nam przetrwać trudniejsze dni. Gdy sytuacja w grze wymaga natychmiastowej reakcji, nie ma czasu na wielogodzinne wewnętrzne debaty – z konieczności uczymy się szybkiego kompromisu, wzajemnego zaufania i hamowania pokusy wzajemnego trollowania się przy myszce. Co więcej, wirtualny świat działa u nas jak bezpieczny trenażer płynnych switchów. Normalnie wymuszone zmiany kontroli nad ciałem kończą się u nas potężnym zjazdem fizycznym, mdłościami i migreną, podczas gdy podczas wkręcenia w gameplay ten proces zachodzi niemal bezboleśnie. Pełna immersja audiowizualna pozwala też przerwać piekielnie męczące rapid switche wywołane triggerami PTSD, dając przebodźcowanemu układowi nerwowemu szansę na uziemienie.
Na sam koniec zostaje kwestia niespełnionego marzenia o streamowaniu na Twitchu i robieniu luźnych let's playów z noobskich zmagań, na które póki co zwyczajnie brakuje nam odwagi. Sama świadomość, że ktoś obcy patrzy na nasze błędy, wciąż potrafi zbić nasz performance do poziomu totalnego dna, a wizja wystartowania live'a zamraża mózg na długo przed kliknięciem przycisku. Do tego dochodzi nasza codzienna, nieco absurdalna rzeczywistość – od językowego chaosu w głowie, przez który polska gramatyka miesza się z angielskim i rosyjskim, aż po karkołomne plany ciągnięcia kabla sieciowego z poddasza po dachu prosto do piwnicy, by w ogóle ogarnąć stabilne łącze. Może kiedyś nauczymy się wystarczającego dystansu do siebie, by pokazać światu tę naszą specyficzną, tragiczną komedię, ale na razie Dota pozostaje naszym prywatnym poligonem.
Komentarze / Dyskusja
Dołącz do rozmowy i podziel się swoją opinią bezpośrednio na naszym kanale dyskusyjnym.