Rozglądasz się po necie i masz wrażenie, że zamiast ludzi z własnym mózgiem widzisz stado nakręconych zombiaków, które tylko czeka na sygnał, żeby kogoś rozszarpać. Wszyscy nagle stali się samozwańczymi strażnikami moralności, a rzucanie najcięższymi oskarżeniami stało się nowym sportem narodowym. Prawda jest jednak brutalnie prosta: większość tego świętego oburzenia nie wynika z żadnej troski o dobro innych, tylko z czystej, zakorzenionej głęboko zazdrości i chęci ściągnięcia kogoś na absolutne dno. Dużo łatwiej jest przecież zniszczyć kogoś, kto wreszcie zaczął robić coś sensownego i wychodzi przed szereg, niż stanąć w prawdzie przed lustrem i ogarnąć własne, często rozwalone życie.
Sami nie jesteśmy bez winy – każdy z nas ma na koncie żenujące fazy, kiedy myślał, że bezmyślne hejtowanie Biebera czy One Direction w gimbazie czyni go alternatywnym i cool. Tyle że wyrośliśmy z tego, a w sieci ten mechanizm tylko zmutował w potwora. Mamy tu do czynienia z totalnym paradoksem: z jednej strony gardzimy mainstreamem, a z drugiej bezrefleksyjnie kopiujemy zachowania grupy, bojąc się ostracyzmu we własnej bańce. Działa tu czysta biologia stada i społeczna mimikra – krzyczysz to samo co reszta, żeby przypadkiem palec tłumu nie wycelował w ciebie. A jeśli ktoś ma czelność myśleć samodzielnie, od razu dostaje łatkę wroga publicznego numer jeden.
Kiedy brakuje realnych argumentów, a cel nagonki nie ma na koncie żadnych obiektywnych przewinień – zwłaszcza gdy mówimy o twórcach, edukatorach czy ludziach realnie pomagających innym – machina manipulacji wchodzi na wyższy bieg. Zaczyna się wyciąganie wyrwanych z kontekstu screenów sprzed dekady, nadinterpretowanie głupich żartów, a jak to nie wystarcza, po prostu klejenie dowodów na kolanie w Photoshopie albo generatorach AI. Hejterzy natychmiast zasłaniają się hasłem bezwzględnej wiary ofiarom, kreując się na morally superior. Komiczny, a zarazem przerażający fikołek logiczny następuje w momencie, gdy rzekoma ofiara publicznie krzyczy: to bzdura, nic takiego nie miało miejsca. Wtedy tłum wcale nie przeprasza – ofiara natychmiast zostaje uznana za zmanipulowaną i uciszona, bo burzy jedyną słuszną narrację linczu.
To jest moment, w którym zabawa w internetowych sędziów przestaje być tylko cringe'em, a staje się realną zbrodnią. Rzucanie na prawo i lewo najcięższymi zarzutami pedofilii, przemocy czy manipulacji prowadzi do całkowitego rozwodnienia tych pojęć. Ludzie w sieci znieczulają się na te hasła, przez co w momencie, gdy prawdziwa ofiara zbierze wreszcie resztki odwagi, by poprosić o ratunek, nikt jej nie wierzy albo zostaje zlana ciepłym moczem. Cały ten larp na empatię i walkę o dobro społeczne to w rzeczywistości najwspanialszy prezent dla prawdziwych przestępców i oprawców, którzy bezkarnie znikają w cieniu wygenerowanego przez stado szumu.
Zacietrzewienie idzie tak daleko, że w imię własnego ego ludzie są w stanie doprowadzić do tragedii – od stalkingu, przez fałszywe oskarżenia o plagiaty tworzone przez osoby niemające pojęcia o prawie autorskim, aż po skrajnie niebezpieczny swatting, gdzie na czyjś dom nasyła się uzbrojone oddziały policji. Jeżeli twoim jedynym napędem jest dołączanie do kolejnych linczów i świętowanie upadku kogoś, kogo po prostu nie lubisz, to nie jesteś żadnym bojownikiem o sprawiedliwość, tylko zakompleksionym człowiekiem potrzebującym pomocy. Zamiast szukać kolejnego celu do zniszczenia, by poczuć się choć przez chwilę lepiej ze swoimi problemami, wyłącz komputer, przestań larpować świętego i po prostu idź na terapię.
Komentarze / Dyskusja
Dołącz do rozmowy i podziel się swoją opinią bezpośrednio na naszym kanale dyskusyjnym.