Pride Month minął, opadł kurz po tęczowych nakładkach, więc czas na chłodno i bez ściemy porozmawiać o tym, czym Pride naprawdę jest. To nie jest 30-dniowy karnawał w kalendarzu, tylko codzienne, trwające 365 dni w roku prawo do egzystencji bez wciskania w narzucone przez społeczeństwo sztywne ramki. Kiedy wychodzisz na ulice z tysiącami innych nienormatywnych ludzi, którzy nie wstydzą się swojej tożsamości, dzieje się coś niemal magicznego - paraliżująca na co dzień dysforia płciowa i lęk przed queerfobicznym otoczeniem na chwilę odpuszczają. Przez kilka godzin czujesz się niezwyciężony, zyskujesz autentyczne main character energy i wiesz, że to miasto należy również do ciebie. Szkoda tylko, że stacje pokroju TV Republika tak panicznie boją się pokazać te ujęcia z nami w głównym kadrze, chyba że da się z nich wyciąć tani straszak.
Pierwsze marsze Pride nie były przecież radosnymi piknikami rodzinnymi, tylko brutalnymi zamieszkami przeciwko policyjnej opresji i systemowej dyskryminacji. Dziś natomiast obserwujemy żałosny spektakl, w którym święto wolności próbuje się zredukować do darmowej platformy reklamowej. Z jednej strony mamy korporacje uprawiające bezczelny pinkwashing - firmy, które przez jeden miesiąc zmieniają logo w mediach społecznościowych na tęczowe tylko po to, by wcisnąć nam kolejny bezwartościowy szajs i gadżety z marżą, a przez pozostałe jedenaście miesięcy mają prawa mniejszości głęboko w nosie. Z drugiej strony na czele marszów pchają się politycy i partie robiące sobie darmowy PR na naszych barkach. Zgromadzenia równościowe nie są wiecem wyborczym ani festiwalem dumy narodowej - dlatego powiedzmy to wprost: na Pride nie ma miejsca na partyjne szyldy, darmową kiełbasę wyborczą ani jakiekolwiek flagi państwowe, bez względu na to, czy mowa o fladze polskiej, ukraińskiej czy jakiejkolwiek innej.
Największy skowyt tradycyjnie podnosi się jednak wokół obecności kultury alternatywnej, skóry, lateksu czy elementów kink i BDSM. Hipokryci w sieci uwielbiają straszyć rzekomą „degeneracją”, obrożami i fetyszami, całkowicie ignorując historię. Od samego początku społeczność BDSM i osoby queerowe dzieliły to samo podziemie, wspólnie walcząc o podstawowe prawo do samostanowienia i decydowania o własnym ciele - co widać było choćby w dobie kryzysu epidemii AIDS, gdy szukano bezpiecznych, wolnych od stygmy form intymności. Kapitalizm i konformistyczna większość chciałyby wyczyścić Pride do sterylnej, ugrzecznionej wydmuszki, która nie obrazi niczyich „wrażliwych” oczu: możecie sobie maszerować, byle po cichu, w garniturach i bez wystawania przed szereg. Ale kiedy opresjonowana grupa zaczyna godzić się na narzucane z góry granice sterylności, te granice natychmiast zaczynają się cofać.
Szczytem zakłamania jest wieczne wycieranie sobie gęby „ochroną dzieci”. Zatroskani moraliści dostają spazmów na widok kogoś w uprzęży czy z kocimi uszkami, seksualizując na siłę każdy przejaw alternatywnego stylu, który każdemu dziecku można wyjaśnić w dwóch prostych zdaniach o różnorodności i prawie do bycia sobą. W tym samym czasie ci sami ludzie nie widzą żadnego problemu w tym, że po ulicach polskich miast bezkarnie jeżdżą furgonetki antyaborcyjne - obwieszone gigantycznymi, ociekającymi krwią zdjęciami rozbebeszonych płodów i ryczące przez megafony o mordercach, pedofilach i dewiantach. Jeżeli ktoś uważa, że lateksowy strój niszczy psychikę dziecka bardziej niż widok zmasakrowanych tkanek i nienawistny ryk z głośników pod oknami przedszkoli, to ma głęboko gdzieś dobro dzieci. „Obrona najmłodszych” to dla nich tylko cyniczna przykrywka pod zwykłą, ślepą nienawiść do wszystkiego, co inne.
Prawdziwa krzywda wyrządzana młodemu pokoleniu nie polega na tym, że zobaczy na ulicy człowieka ubranego na własnych zasadach. Krzywdą jest systemowe tresowanie dzieciaków w nienawiści, wmawianie im, że każda odmienność zasługuje na pogardę, i hodowanie dorosłych, którzy w dorosłym życiu będą powielać te same brednie i urządzać polowania na czarownice. Najbardziej niszczące jest to, że młode osoby, które same odkrywają w sobie nienormatywność, zaczynają pod wpływem tej nagonki nienawidzić własnego ciała i istnienia. Świat jest i zawsze będzie różnorodny, a ulice należą do nas wszystkich. Pride to bezkompromisowa odmowa zniknięcia i sterylizacji pod dyktando przerażonych konformistów. Nie damy się zepchnąć z powrotem do szafy ani wcisnąć w bezpieczne korporacyjne ramki.
Komentarze / Dyskusja
Dołącz do rozmowy i podziel się swoją opinią bezpośrednio na naszym kanale dyskusyjnym.