Odpalasz kolorowe ledy w piwnicy, bierzesz pędzel, stare drewniane pudełko i próbujesz przetrwać w świecie, który nadaje się już tylko do wywalenia na śmietnik. Zwykły wtorek? Może i tak, ale kiedy czarna farba zaczyna spływać po rękach (i twarzy), zwykły projekt DIY zamienia się w dość bezlitosną rozkminę nad losem nas wszystkich.

Sprawa z fast fashion i gigantami takimi jak Shein czy Zara jest prosta, ale i skomplikowana. Wszyscy wiemy, że koncerny prześcigają się w wymyślaniu nowych odmian plastiku i nylonu tylko po to, żeby ciuch rozpadł się po jednym sezonie. Ale czy bycie "alt" automatycznie rozgrzesza nas z czegokolwiek? No właśnie nie bardzo.

Oto niewygodna prawda, o której mało kto chce mówić: kupowanie na Vinted też bywa zwykłym placebo. Jeśli robisz wielki haul z drugiej ręki, ciesząc się, że ratujesz planetę, to spójrz na to z drugiej strony - właśnie ułatwiasz robienie miejsca w szafie komuś, kto za te pieniądze zaraz zamówi kolejną paczkę z Sheina.

Żyjemy w late-stage capitalism - wyzysk i praca niewolnicza są wciśnięte w niemal każdy produkt. Nie da się całkowicie uciec od systemu, chyba że ktoś zrestartuje całą planetę (albo w końcu uderzy w nas oczyszczająca asteroida). Ale jest różnica między kupieniem jednej rzeczy w sieciówce raz na 3 lata, która zostanie z Tobą na dekadę, a zostawianiem tam pół wypłaty co miesiąc.

Na koniec krótki strzał w mit idealnego "alternatywnego świata": bycie alt nie oznacza automatycznie, że jesteś dobrym człowiekiem i chcesz zbawić świat. Alt to po prostu bycie innym niż większość - a to oznacza, że wśród alternatywek też trafiają się skończone mędy.

Stay scene, stay weird i... nie jedzcie farby! 🖤🦖