Zabieranie się za zaawansowany makijaż, kiedy jest się absolutnym początkującym, brzmi jak przepis na katastrofę - i dokładnie tym było. W tle chaos, nieudolnie przestawiana przez resztę systemu kamera, rozsypany puder na blacie i walka z pędzlami, które giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Efekt? Dźgnięcie się eyelinerem w oko, zobaczenie boga na pięć sekund i wygląd nieudanej lalki Barbie. Ale wiecie co? Przynajmniej robię coś z własnym życiem, zamiast tylko siedzieć i hejtować w sieci.

Bycie początkującym jest cholernie trudne, zwłaszcza kiedy ze wszystkich stron dookoła jesteś bombardowany idealnymi pracami profesjonalistów. Łatwo wtedy wpaść w kompleksy albo odpuścić. Ale ten materiał to dowód na to, że każdy wielki artysta przechodził przez etap "czymkolwiek to coś jest". Po pięciu latach walki z ciężką depresją, niewychodzenia z łóżka i poczucia, że nikogo nie obchodzisz, moment, w którym decydujesz się po prostu spróbować być prawdziwym sobą - nawet jeśli wychodzi to koślawo - zmienia wszystko.

Przy okazji krótki strzał w pozorantów: nagle, gdy zaczynasz ubierać się inaczej i inwestować w swój styl, wokół pojawiają się ludzie. Fetyszyści alternatywek i "fancy znajomych", dla których jesteś tylko żywą dekoracją podbijającą ich własną reputację. Znikają w sekundę, gdy zaczynasz mówić o tym, kim naprawdę jesteś, o zdiagnozowanym DID, o socjologii, magii czy stawonogach. I bardzo dobrze. Nie potrzebujemy wokół siebie ludzi, dla których nasza tożsamość to tylko dodatek do fotki.

Makijaż od zarania dziejów był tworzony dla mężczyzn, a tekst o "gender blenderze" zbywamy prosto: to jest Gender Chaos. Nie goli się brwi, nie udaje profesjonalisty i robi się swoje, bo porażki też czegoś uczą.

Stay scene, stay weird... i nie dźgajcie się eyelinerem w oko! 🖤👁️