Dzisiaj wjeżdża totalny chaos. Próbuję naprawić spódniczkę z Amazona (tak, zdarza mi się tam kupować, jestem pozerem, go easy on me), a przy okazji chwalę się naszyjnikiem zrobionym z agrawek i dosłownych śmieci z pracowni. Ktoś mi wciśnie kit, że DIY jest trudne i go na to nie stać? Bzdura. Przy okazji szycia mój mózg z ADHD odpala tryb wiewiórki - gubię nitkę, walczę o przetrwanie z igłą, a w tle pojawia się durny łoś, który zostawił włączoną prostownicę w piwnicy na dwa tygodnie. Klasyczny DID moment.

Zaczynam też rant na tematy, które ostatnio podniosły mi ciśnienie w sieci. Po pierwsze: traktowanie zwierząt jak przedmiotów. Dlaczego ludzie mają taki problem z podstawowym szacunkiem do innych gatunków? Szczury mają struktury społeczne niemal identyczne z ludzkimi, a nazywanie siebie "właścicielem" psa to po prostu cringe. Zwierzę to twój współlokator, a nie niewolnik.

Po drugie: poliamoria. Serio, czy ludzie udają głupszych niż są w rzeczywistości, czy to jakiś inside joke? Pytania w stylu "dlaczego wy wszyscy poli wyglądacie tak samo" to czysta komedia, a mój poli-radar i tak ciągle nawala, więc oszczędziłoby mi to sporo heartbreaków, gdyby to była prawda. Dorzućmy do tego pranie mózgu przez Duolingo, które więzi nas w pętli dopaminowej, a na koniec i tak nie potrafisz złożyć sensownego zdania... i mamy pełen obraz mojego dzisiejszego mentalu. Czy naprawiłem spódniczkę? Spoiler: I failed. Ale przynajmniej mój naszyjnik jest super. Stay scene, stay weird!