Czuję się jak kosmita chodzący wśród ludzi za każdym razem, gdy próbuję z kimś pogadać. Patrzę na te wszystkie ekipy w necie i IRL, jak się śmieją i gadają, i serio nie ogarniam, jak oni to robią. Niedawno chciałem nagrać vloga o mojej socjalizacji i ostatnim załamaniu nerwowym, ale program wywalił błąd i wszystko poszło się j*bać. Więc lecimy z tematem tutaj.
Totalnie wycofałem się ze społeczeństwa. Nigdy nie miałem zbyt wielu znajomych, a w dzieciństwie byłem głównie izolowany i wyśmiewany. Po coming oucie w gimnazjum było tylko gorzej, a w liceum moja deprecha wywaliła poza skalę. Odciąłem się od wszystkich, szukając najgłupszych pretekstów, żeby spalić mosty. Przez jakieś pięć lat nie wychodziłem z chaty, wpadając w definicję hikikomori. Moje życie społeczne przeniosło się do dreamworldu i ograniczyło do mojego systemu D.I.D.
Zainspirowany jakimiś wizjami, odpaliłem projekt emo-changeling, żeby spróbować wrócić do neta. Ale okazało się, że mój system rozpoznawania emocji totalnie leży. Zamiast normalnych uczuć mam albo zalew neuroprzekaźników i czuję się nastymowany, albo po prostu czuję ból. Każda interakcja to dla mnie zagrożenie. Ktoś do mnie pisze, a ja overthinkuję i panikuję, że to jakaś podpucha. Ghostuję ludzi, bo burdel w mojej głowie jest zbyt potężny.
Jestem do tego stopnia odklejony, że na komisji do spraw niepełnosprawności dostałem ataku paniki na sam dźwięk słów terapia grupowa. K**wa, za mnie musiał gadać przyjaciel. Jedyny moment, kiedy jakoś dałem radę, to po koncercie Mayday Parade, gdy zagadała do mnie grupa ludzi. Nie dostałem ataku paniki tylko dlatego, że gadaliśmy po angielsku i mój mózg musiał się na tym sfokusować. Ale i tak później to rozkminiałem, czy moja mowa ciała nie pokazała, że się ich boję. Każdy jest dla mnie potencjalnym wrogiem, a ja po prostu próbuję to jakoś przetrwać.