Pierwsza osoba, którą uważałem za szczerego przyjaciela, okazała się zwykłym manipulatorem, dla którego byłem tylko zabawką na boku. To nie pomaga, gdy przez całe życie większość ludzi, którzy byli dla ciebie mili, na koniec robiła ci syf za plecami. W sieci krąży mit, że osoby z cechami antyspołecznymi mają na wszystko wywalone i nie potrzebują relacji. Bzdura. My po prostu budujemy wokół siebie gruby mur, bo kompletnie nie radzimy sobie z odrzuceniem. Jasne, mamy swoje "exceptions" - garstkę ludzi, przy których zdejmujemy maskę. Ale to właśnie oni potrafią zranić najmocniej. Kiedy ostatnio mój exception mnie zghostował, mój poziom agresji wywalił poza skalę.

Pytacie, czemu nie pójdę na terapię? Bo polski system leży. Większość psychologów na NFZ to totalna patola, która potrafi dołożyć wam trzy nowe diagnozy, a na wizytę czeka się 10 lat. Ci dobrzy kosztują krocie. Więc moja terapia odbywa się w świecie, który nie istnieje - w moim innerworldzie, gdzie konsultuję życie z własną głową. I wiecie co? To działa. Ostatnio w końcu dotarło do mnie, że moje życie zacznie się dopiero, gdy zacznę medyczną transycję. To rozwaliło moje blokady i uwolniło lata tłumionych emocji.

Zdałem sobie sprawę, że dla mnie czas zatrzymał się dekadę temu. Jako system DID doświadczam życia w serii mignięć. Kiedy wchodzę na fejsa i widzę rówieśników biorących śluby i pracujących w korpo, łapię potężną derealizację. Przecież w mojej głowie nadal mamy 14 lat. W systemach to norma, że niektórzy po prostu nie starzeją się linearnie. Czas zapierdziela, a ja czuję się dokładnie jak w tym cytacie z Ostatniego Jednorożca: czuję, jak to ciało gnije dookoła mnie.