Wychodzenie z domu to zawsze trudna sprawa, ale wyjście na zewnątrz w pełnym alternatywnym outfitcie, solo (no, nie licząc reszty kolektywu w głowie) to już wyższa szkoła jazdy. Cały plan był prosty: odebrać świeżo upolowaną na Vinted bluzę z paczkomatu. Na uszy wleciało All Time Low na full regulator, kaptur zasłonił słuchawki i przez pierwsze pięć minut czułem się jak w idealnym teledysku. A potem zaczął się absolutny festiwal odklejki.

Najpierw telefon postanowił ewakuować się z kieszeni. Gdyby nie trzech ogarniętych ludzi, którzy za mną pobiegli, byłoby po sprzęcie - chociaż dysocjacja wjechała tak mocno, że reszta systemu po prostu uciekła z frontu, zostawiając mnie z krótkim "o k***a". Zaraz potem zaliczyłem 5-minutowego laga na przejściu dla pieszych, bo mój mózg nagle zapomniał, jak działa sygnalizacja. U paczkomatu było jeszcze lepiej: próba odebrania paczki na kodzie od znajomego skończyła się tym, że omal nie wyciągnąłem cudzej przesyłki otwartej zdalnie przez kogoś innego.

Żeby dobić licznik żenady, w drodze powrotnej ktoś zjechał ze swojego toru chodu, żeby powiedzieć mi komplement o moim stylu. Efekt? Moje social anxiety wywaliło poza skalę - odskoczyłem przerażony, zrobiłem dziwną minę i prawie rzuciłem się do ucieczki, zostawiając tego kogoś w przeświadczeniu, że jestem chamski. A wisienką na torcie okazało się reinstalowanie TikToka po 3 godzinach nagrywania teledysku z lipsynkiem do Escape the Fate. 20 dopracowanych w hyperfocusie draftów poszło w piach.

Jeszcze rok temu po takim dniu leżałbym rozłożony na łopatki. Dzisiaj kończy się to prostą reakcją: "no c**j, stało się". Pierwsze samodzielne wyjście postawiło poprzeczkę absurdalnie wysoko, ale przynajmniej świecąca w ciemnościach bluza dotarła cała.

Stay scene, stay weird... i uważajcie na dziurawe kieszenie w bluzach! 🖤📱